Władysław Henryk Piotrowski
 
Piotrowscy ze Strachociny w Ziemii Sanockiej

 

Wiek XX

      Początek XX wieku (ostatnie 14 lat przed I wojną światową) był szczególnie pomyślny dla wsi, nic więc dziwnego, że jeszcze kilkadziesiąt lat później okres ten wspominany był z nostalgią jako "dobre czasy babci Austrii". Jedną z przyczyn był właśnie ruch emigracyjny, "Amerykanie" zaczęli przysyłać pierwsze pieniądze zza oceanu swoim rodzicom i rodzeństwu, poza tym w samej wsi trochę się "rozluźniło", łatwiej było o pracę, z przepełnionych chałup ubyło wiele gąb do wyżywienia, a rąk do pracy na maleńkich gospodarstwach zostało dostatecznie dużo. Symbolami tej pomyślności były dwie budowle - piękny, murowany kościół zbudowany w miejsce starego, drewnianego (ciekawe że w tym czasie, tak pomyślnym dla okolicy, jedynie Strachoczanie pomyśleli o budowie nowego kościoła), oraz budynek szkoły. Kościół pod tradycyjnym wezwaniem Św. Katarzyny Męczenniczki, został zbudowany na miejscu starego cmentarza, ok. 50 m na południowy wschód od starego kościoła. Budowa trwała kilka lat, zakończona w 1900 roku i ta data widnieje na murze kościoła (konsekracja nastąpiła dopiero w 1912r.). Głównym "budowniczym" był proboszcz ks. kanonik Józef Data (dziekan sanocki), bardzo zasłużony dla parafii, otoczony dużym szacunkiem i sympatią. Po śmierci (zmarł w 1912r.) pochowano go pod murem kościoła, w przedsionku kościoła umieszczając tablicę pamiątkową. Budowę finansowali głównie mieszkańcy Strachociny (i ich rodacy zza oceanu), w niewielkim stopniu parafianie z innych wiosek (parafia Strachocina ciągle obejmowała wszystkich katolików obrządku łacińskiego wsi doliny Różowego), częściowo także właściciele folwarku w Strachocinie. Ich herby wymalowano później (w latach 40-tych) na ścianie prezbiterium - Lis Giebułtowskich, Gozdawa Dydyńskich, herb "własny" Morzów i Ostoja Niedźwiedzkich. Według dość powszechnej opinii mieszkańców wsi umieszczenie tych herbów to bardziej dowód przyjaźni ks. Lisowicza (proboszcza który malował kościół) z panią Dydyńską niż rzeczywistego wkładu właścicieli majątku w budowę kościoła. Być może to krzywdząca opinia.
      Obok kościoła zbudowano dzwonnicę z trzema dzwonami, plebanię, stajnię i spichlerz. Nowy cmentarz założono ok. 0,7 km od kościoła w kierunku wsi na gruncie dworskim wykupionym przez parafię. Pierwsze zachowane nagrobki - rodziny Giebułtowskich - pochodzą z początku lat 80-tych., kolejne (Niedźwiedzkich i Morzów) z lat 90-tych XIXw. i początków XX wieku. W nowym kościele umieszczono tablicę-epitafium jednego z poprzednich dzierżawców Strachociny, Józefa Giebułtowskiego (zm. w 1803 r.). Tablicę, przeniesioną ze starego kościoła, umieszczono w kaplicy NMPanny.
      Budynek szkoły, murowany, piętrowy, kryty dachówką, zlokalizowano w środku wsi, na miejscu poprzednich szkół. Budowa trwała rok czasu, deszcze opóźniły trochę budowę, tak że lekcje rozpoczęły się w listopadzie 1913r. Budynek mieścił cztery sale lekcyjne. W jednej z nich, największej, na parterze, znajdowała się drewniana scena, która służyła amatorskiemu teatrowi wiejskiemu. Poza tym, na parterze znajdowała się kancelaria i mieszkanie nauczyciela, najczęściej był to kierownik szkoły. Toalety znajdowały się, jak to było w tym czasie powszechnie przyjęte, poza budynkiem szkoły, w osobnym budyneczku. Budynek szkoły już nie istnieje, wyleciał w powietrze w 1992r. w wyniku wybuchu gazu - oparów środków grzybobójczych przechowywanych w piwnicy.
      Innym symbolem czasów poprzedzających I wojnę światową było założenie w 1909r. Kółka Rolniczego. Do najaktywniejszych działaczy Kółka (zarazem założycieli) należeli Jan Winnicki, Maciej Dąbrowski, Franciszek Kiszka i Józef Wójtowicz. W tym samym czasie powstała w Strachocinie Ochotnicza Straż Pożarna. Najaktywniejsi strażacy to Franciszek Kiszka, Wojciech Kucharski, Piotr Winnicki, Franciszek Cecuła i bracia Błaszczychy-Piotrowscy, Jan i Kazimierz, synowie Błażeja.
      Liczba mieszkańców Strachociny, mimo tak dużego odpływu emigracyjnego, zasadniczo utrzymywała się na tym samym poziomie przez ostatnie kilkanaście lat przed I wojną światową i wynosiła ok. 1300 osób. Zachowana w parafii "Księga chrztów" z lat 1879-1947 (a właściwie jej kopia sporządzona w 1947r., gdy oryginał miał zostać zabrany do Rzeszowa) pozwala na dość dokładne określenie tej liczby. Księga zawiera nazwiska tylko tych dzieci, które dożyły wieku dorosłego lub młodzieńczego, przy przepisywaniu pominięto te które zmarły w niemowlęctwie lub dzieciństwie. Tutaj trzeba zaznaczyć, że śmiertelność wśród dzieci, szczególnie niemowląt, była ciągle jeszcze bardzo duża w tym okresie. Średnia liczba, tak rozumianych urodzeń, dla lat 1879-84 wynosi 16 dzieci rocznie, dla dziesięciolecia 84-94, 24 dzieci, dla dekady 94-1904, 28 dzieci, dla ostatniej dekady przed wojną, 23 dzieci. Zmniejszenie się liczby urodzeń w ostatnim dziesięcioleciu spowodowane jest z pewnością nasileniem się emigracji młodych ludzi. Rekordowymi latami pod względem tak rozumianych urodzeń były: rok 1900 - 37 dzieci oraz lata 1895 96 - po 34 dzieci. Ile naprawdę urodziło się dzieci - nie wiadomo.
      W okresie 1879 - 1914 urodziło się ok. 840 Strachoczan (którzy dożyli wieku dorosłego), wśród nich najwięcej Radwańskich - 131, Piotrowskich - 103, Galantów - 64, Cecułów - 61, Adamiaków - 48, Pielechów - 42, Mogilanych - 35, Winnickich - 28, Dąbrowskich - 26, Lisowskich - 20. Zdecydowanie większą niż przeciętna dzietnością charakteryzowały się rodziny Winnickich, Galantów, Cecułów, Adamiaków i Pielechów, i na odwrót, mniejszą dzietnością niż średnia charakteryzowały się rodziny Lisowskich, Piotrowskich, Dąbrowskich i Radwańskich. Jeżeli w ciągu kilku ostatnich dziesięcioleci zmieniły się proporcje ilościowe pomiędzy poszczególnymi "klanami" rodzin (np. zdecydowanie przybyło Piotrowskich a ubyło Galantów), to jest to wynik większej emigracji jaka miała miejsce wśród rodzin biedniejszych i z większą liczbą młodzieży.
      Na ogólną liczbę mieszkańców Strachociny składało się ok. 200 rodzin, przeważnie wielopokoleniowych. Najliczniej reprezentowane były rodziny Radwańskich (46 rodzin) i Piotrowskich (34 rodziny). Galantów było 15 rodzin, Cecułów - 14, Adamiaków i Mogilanych po 9, Pielechów - 8, Lisowskich, Dąbrowskich i Wójtowiczów po 7, Winnickich i Romerowiczów po 5, Klimkowskich - 4, inne nazwiska reprezentowane były przez 1-3 rodziny. "Klany" Radwańskich i Piotrowskich nadawały ton życiu wsi.
      I wojna światowa wyjątkowo okrutnie obeszła się ze Strachociną. Wszyscy mężczyźni, zdolni do służby wojskowej, zostali zmobilizowani. Wielu z nich nigdy nie wróciło do domów rodzinnych, pozostając na polach bitew we Włoszech, Serbii i Galicji. Na tablicy pamiątkowej na murze kościoła (zamieszczonej dopiero w 1995r.) widnieje 47 nazwisk Strachoczan którzy polegli "za cysorza". Prawdopodobnie nie jest to liczba pełna, po latach i zmianach ludnościowych we wsi trudno odtworzyć rzeczywistą listę poległych. Wielu Strachoczan brało udział w długotrwałej obronie Przemyśla przed wojskami rosyjskimi. Po upadku twierdzy (w marcu 1915r.), część z nich dostała się do niewoli, została wywieziona na Syberię (nieliczni z nich wrócili po latach, wycieńczeni chorobami, ciężką pracą i głodem), części udało się przedrzeć i wrócić do Strachociny. Skierowani na kolejny front, najczęściej już nie wracali. Szczególnie duże straty ponosili Polacy na froncie włoskim. Polskie oddziały były tam kierowane jako najlepsze, najpewniejsze jednostki (obok Węgrów), przywykłe do warunków górskich (Polacy z Galicji cieszyli się dużym zaufaniem u austriackiego dowództwa, w przeciwieństwie do innych Słowian i Rumunów z Siedmiogrodu). Uzbrojone w przestarzałą broń nie miały wiele szans z Włochami dysponującymi doskonałą bronią amerykańską. Wielu Strachoczan wzięło także udział w krwawej bitwie pod Gorlicami, a także w walkach z Serbami, szczególnie zażartymi. Przez samą wieś, leżącą na dalekim przedpolu twierdzy Przemyśl, o którą toczyły się szczególnie ciężkie walki, przetoczyła się wielokrotnie machina wojenna. Po raz pierwszy we wrześniu 1914r., kiedy armia austriacka, cofając się na południowy zachód przed naciskającymi na nią Rosjanami zatrzymała się na linii Wisłoka (w Strachocinie zatrzymały się niektóre oddziały rosyjskie), po raz drugi, kiedy po dwu tygodniach walk armia austriacka przeszła do kontrofensywy i doszła z odsieczą pod samą twierdzę Przemyśl. Kolejna ofensywa rosyjska spod Przemyśla ponownie odrzuciła Austriaków i osiągnęła linię kolejową i Wisłok, przechodząc przez Strachocinę. W połowie grudnia 1914r. armia austriacka przeprowadziła kolejną kontrofensywę w kierunku Przemyśla (m.in. przez Strachocinę), ale ugrzęzła ona pod Birczą i wojska rosyjskie przeszły do generalnej ofensywy w kierunku południowym i zachodnim, chcąc zdobyć przełęcze karpackie. Na kierunku zachodnim ofensywa rosyjska doszła do Gorlic, skąd po bitwie pod Gorlicami w maju 1915r., armia rosyjska w popłochu wycofała się na wschód, kolejny raz przechodząc przez Strachocinę. Straty we wsi były ogromne, część wsi została spalona, zapasy i inwentarz zrabowane, część mieszkańców wsi zamordowano. W trakcie działań wojennych został uszkodzony także kościół, zniszczenia nie były zbyt duże (na pamiątkę wmurowano w boczną ścianę, południową, pocisk armatni), Austriacy zabrali dzwony. Po zakończeniu wojny i klęsce Austrii, niedobitki inwalidów wróciły do domu. Okaleczona Strachocina znalazła się w odrodzonej Polsce. W obronie granic odbudowującej się ojczyzny przed agresją ze wschodu śmierć poniosło kolejnych 5 Strachoczan.
      Początek lat dwudziestych to trudny okres odbudowy i odrabiania skutków wojny. Bieda, niedożywienie, powodują wybuch epidemii groźnych chorób. Największe żniwo, szczególnie wśród dzieci, zebrała grypa zwana "hiszpanką". Zarazem okres ten to początek szybkich przemian cywilizacyjnych, które miały miejsce w dwudziestoleciu międzywojennym. Zmienia się zabudowa wsi, budynki mieszkalne są coraz większe, często kryte dachówką lub blachą. Wszędzie przewody kominowe wyprowadzone są ponad dach. Okna są zdecydowanie większe, buduje się oddzielnie stodoły i obory. Dużą pomoc świadczą krewniacy zza oceanu, nie bez znaczenia są także renty inwalidzkie, które co miesiąc wpływają do wsi jako rekompensata za daninę krwi w I wojnie św. Z tego okresu pochodzi pierwszy dom murowany we wsi (Dąbrowskich w środkowej części wsi), wybudowany z odpadów ceglanych pozostałych przy budowie kościoła.
      Zmieniają się metody uprawy ziemi, wprowadzane są pierwsze maszyny rolnicze (z dużymi oporami), przede wszystkim są to młocarnie napędzane konnym kieratem (pierwszy taki kierat zainstalowano u Radwańskich "na Górce") i wialnie do czyszczenia zboża (potocznie zwane "młynkami") - młócenie zawsze było najcięższą pracą w gospodarstwie. Rozwija się hodowla, nie tylko hoduje się krowy dla mleka (tradycyjna podstawa wyżywienia Strachoczan), ale także świnie i owce na mięso (to, oczywiście, tylko najbogatsi). Powoli polepsza się byt mieszkańców, charakterystycznym dowodem na to są rozkwitające we wsi żydowskie karczmy (były trzy, na dole przy cmentarzu, Gierszyniów, w środku wsi, przy "trakcie", Lipów i w górze wsi, Jojków). Rosną także obroty sklepów.
      Strachoczanie ciągle stronią od polityki. Ruch ludowy jest słaby, spory pomiędzy Stronnictwem Chłopskim a PSL "Piast", tak głośne w okolicznych wsiach, tutaj pozostają prawie niezauważalne, mimo że we wsi istnieją komórki obydwu organizacji. Masowe strajki chłopskie w okolicy (w 1932r. największe w Polsce), także nie sięgają Strachociny, chociaż wieś interesuje się żywo procesem 89 uczestników strajku, odbywającym się w Sanoku (32 z nich zostało skazanych na śmierć zamienioną później na dożywocie).
      Prosperuje Kasa Zapomogowa i Kółko Rolnicze (długoletnim jego prezesem jest Bernard Winnicki, mąż Franciszki Piotrowskiej "z Kowalówki"), które prowadzi swój sklep. Pod koniec lat trzydziestych zakładają oddział Spółdzielni "Społem" i sklep, Piotr Konda-Piotrowski, Kazimierz Błaszczycha-Piotrowski i Piotr Radwański "od Hyndryka", syn Anieli Fryń-Piotrowskiej. W górze wsi prywatny sklep prowadzi Jan Kucharski. Kółko Rolnicze buduje niedaleko szkoły budynek w którym mieści się sklep, sala ze sceną i biblioteka. Sala służy za miejsce zabaw i wesel. Występuje tutaj także amatorski teatr młodzieżowy. Życie teatralne jest bardzo ożywione, premiery odbywają się kilka razy do roku, a przedstawienia niemal co tydzień. Ujawniają się prawdziwe talenty aktorskie, jak np. Józef Piotrowski "z Kowalówki", doskonały aktor komediowy.
      Podnosi się poziom szkoły. Coraz więcej młodzieży, po ukończeniu szkoły w Strachocinie, uczy się dalej. M.in. są to: ks. Józef Winnicki (późniejszy proboszcz polskiej parafii w Buffalo, USA, znany działacz polonijny), ks. Piotr Lisowski (franciszkanin, późniejszy profesor seminarium w Krakowie, prowincjał zakonu), ks. Józef Kucharski (franciszkanin, długoletni gwardian OO. Franciszkanów w Sanoku), Józef i Jadwiga Kucharscy, Jan i Stanisław Winniccy, Mieczysław Dąbrowski, późniejszy kierownik Kopalni Strachocina, Kazimierz i Władysław Lisowscy, Kazimierz Galant (prawnik, popularny we wsi historyk Strachociny), Tadeusz i Bronisław Mieleccy, Stanisław i Apolonia (późniejsza długoletnia nauczycielka w Strachocinie) Radwańscy i wiele innych. Wieloletnim kierownikiem szkoły, bardzo cenionym i szanowanym, jest Michał Trzciński. Wójtami w tym okresie są m.in. Maciej Dąbrowski, Piotr Konda-Piotrowski, Jan Błażejowski. Długoletnim proboszczem jest ks. Władysław Barcikowski, niezwykle barwna postać, czasem kontrowersyjna, bardzo dobry gospodarz, dbający o kościół i probostwo. Prowadził cichą wojnę z właścicielami folwarku, traktował ich jak zwykłych, prostych parafian, co nie bardzo im się podobało. Zmarł w Strachocinie (w 1942r.), pochowany na cmentarzu parafialnym. Jego następcą był ks. Józef Lisowicz, bardzo ceniony przez parafian.
      Przez cały ten okres trwały prace wykończeniowe w kościele. Zainstalowano piękne witraże wykonane przez firmę Żeleńskich z Krakowa. Wokół kościoła zbudowano ogrodzenie (wykonał je Barański z Sanoka), w pobliżu kościoła, wewnątrz ogrodzenia, zbudowano murowaną dzwonnicę na której powieszono 2 dzwony ("Józef" i "Jan") ufundowane przez ks. Józefa Winnickiego z okazji złotych godów jego rodziców, Jana Winnickiego i Marii z Radwańskich.
      W latach 20-tych odkryto w lesie strachockim pokłady gazu ziemnego. Pierwsze dwa szyby wywiercono ok. 1925r., jeden na polu Walentego Radwańskiego "z Górki", drugi na terenie gminnym. Pionierami gazownictwa w Strachocinie byli Amerykanie, bracia McKelney. Rozwój Kopalni był jednak powolny, gaz nie miał jeszcze szerszego zastosowania, a na ropę nie natrafiono (kopalnia ropy znajdowała się w sąsiedniej Grabownicy). Pod koniec lat 30-tych rozpoczęto gazyfikację Strachociny, jednak do wojny gaz otrzymało zaledwie kilka domów.
      W latach 30-tych coraz bliższe więzi łączą Strachocinę z Sanokiem. W szybko rozwijającym się przemyśle Sanoka (Sanok jest objęty programem COP-u), fabrykach wagonów, gumy, akumulatorów, obrabiarek, coraz częściej znajdują pracę Strachoczanie. Dojeżdżają oni do pracy rowerami, dochodzą piechotą. Powoduje to przyśpieszenie procesów cywilizacyjnych we wsi. Zmienia się sposób odżywiania (m.in. wprowadza się nowe uprawy, np. ogórki), ubierania (upowszechniają się ostatecznie tkaniny tkane fabrycznie, wełniane i bawełniane), sposoby uprawy roli (wspomniane już wcześniej, pierwsze maszyny rolnicze i pierwsze nawozy sztuczne), wystrój wnętrz mieszkalnych, przybywa mebli w domach. Rozwój wsi nabiera rozpędu.
      Mimo to Strachocina ciągle pozostawała w tyle za sąsiadami z południa i zachodu (wsie okolic Zarszyna, Jaćmierza, Rymanowa i Brzozowa), ciągle posiadała swoją specyfikę, charakterystyczny "strachocki" styl. Ciągle jeszcze obowiązywał pewien stopień izolacji, mieszanych małżeństw było bardzo mało, nowych przybyszów z zewnątrz prawie wcale. Próby kontaktów młodzieży z rówieśnikami z sąsiednich wsi najczęściej kończyły się niepowodzeniami. Tak np. było z uczestniczeniem w zabawach ludowych i festynach. Przybyszów przepędzano bezceremonialnie, dochodziło do prawdziwych bitew na pięści, a nawet noże. Pojedynczy goście z innych wiosek nie odważali się wchodzić samotnie na salę zabawy, organizowali się w kilkunastoosobowe grupy, dobrze uzbrojone w łańcuchy, pałki i noże. Niewiele to pomagało, zabawa nie trwała długo, do rozprawy wystarczał byle pretekst. Podobnie kończyły się wyprawy Strachoczan do innych wsi. Niechęć, wręcz wrogość, nie dotyczyły jedynie mieszkańców wsi greckokatolickich, jeszcze krwawsze walki trwały z mieszkańcami wiosek polskich, Bażanówki, Woli Góreckiej, Jaćmierza, Długiego.
      II wojna światowa nie dała się tak we znaki Strachocinie jak I-sza. Kampania wrześniowa trwała krótko. Zmobilizowana została tylko część mężczyzn, najliczniejsza grupa to żołnierze 2 Pułku Strzelców Podhalańskich w Sanoku. Według opracowania sanockiego historyka A. Brygidyna "Żołnierskimi rzuceni losami" (Sanok - 1994) było ich 36-ciu, dla tylu autor podał jako miejsce pochodzenia Strachocinę. Z tej liczby dwu zginęło w kampanii wrześniowej 1939r. (Józef Kwolek i Jan Romerowicz), kilku dostało się do niewoli niemieckiej i przebywali w obozach jenieckich do końca wojny (A. Brygidyn wymienia siedmiu, m.in. Tomasza Dąbrowskiego, Stanisława Frynia-Piotrowskiego i Stanisława Radwańskiego), kilku dostało się do niewoli sowieckiej. Z tych ostatnich najtragiczniejszy los dotknął dwu wybitnych Strachoczan, którzy zginęli w Katyniu, zamordowani przez Sowietów. Jeden z nich to Józef Dąbrowski, syn Franciszka, brat Antoniego i Wojciecha, ur. 1887r., porucznik rezerwy, dyrektor banku w Warszawie. Drugi to Józef Kucharski syn Władysława, porucznik rezerwy, bohater wojny 1920r., kawaler kilku odznaczeń (m.in. Krzyża Walecznych, Gwiazdy Przemyśla, Medalu za Wojnę 1918-21), jeden z Lwowskich Orląt z 1918r., absolwent Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie, dyrektor krakowskiego oddziału ZUS. Obydwaj znaleźli się w obozie jenieckim w Kozielsku, skąd zostali wywiezieni do Lasku Katyńskiego i rozstrzelani przez NKWD. Taki sam los spotkał męża Apoloni z Radwańskich-"Starzyńskich" Najdziczowej (późniejszej długoletniej nauczycielki w Strachocinie) Bronisława Najdzicza, także porucznika rezerwy. Kilku Strachoczan kontynuowało walkę z najeźdźcą na innych frontach wojny. Marcin Kwolek po klęsce wrześniowej przedarł się przez Węgry i Jugosławię i wziął udział w walkach we Francji. Kazimierz Fryń-Piotrowski, syn Wojciecha, wziął udział w "Bitwie o Anglię" w wojskach lotniczych (po wojnie pozostał w Anglii), Józef Radwański, syn Tomasza, wziął udział w kampanii francuskiej. Adam Sitek, poprzez niewolę sowiecką, łagry w Archangielsku i na Syberii, dostał się do armii gen. Andersa z którą udało mu się wyjść do Iranu, później do Anglii, jako żołnierz słynnej dywizji pancernej gen. Maczka wziął udział w inwazji na kontynent, został ranny pod Falaise. Stanisław Wójtowicz jako żołnierz Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich wziął udział w obronie Tobruku i walkach o Monte Casino we Włoszech. Część strachockich mężczyzn wzięła udział w ewakuacji (w Strachocinie potocznie zwanej "ucieczką") na południowy wschód, gdzie miały być formowane nowe oddziały armii polskiej i skąd miało wyjść polskie kontruderzenie przeciwko Niemcom. Napaść Związku Radzieckiego na Polskę 17 września pokrzyżowała te plany, niedoszli żołnierze wracali do rodzinnej wsi przedzierając się z trudem i narażeniem życia przez tereny zajęte już przez Niemców. Główne niebezpieczeństwo groziło im ze strony oddziałów nacjonalistów ukraińskich, którzy rozpoczęli już swoją rozprawę z Polakami, przy życzliwej im postawie Niemców. Powracali także żołnierze-uczestnicy kampanii wrześniowej , ci z rozbitych oddziałów którzy uniknęli niewoli.
      Strachocina znalazła się w Generalnej Guberni, zaledwie 7 km od nowo wytyczonej granicy niemiecko-radzieckiej na Sanie. To było decydujące 7 km, być może na miarę istnienia wsi. Polskie wsie za Sanem zostały praktycznie wymazane z mapy, mieszkańcy wywiezieni na Syberię, pomarli z głodu i wycieńczenia pracą ponad siły.
      Okupacja niemiecka w Strachocinie była najbardziej odczuwalna poprzez ogromne kontyngenty nałożone na ludność. Niemcy zabierali praktycznie całe zboże, ziemniaki, bydło. Także dyskryminacja językowa, wprowadzenie języka niemieckiego do urzędów i szkół, była odczuwana bardzo mocno. Oczywiście, nikt we wsi nie znał tego języka. Na szczęście we wsi nie było Ukraińców (ani Niemców-volksdeutschów), którzy na tych terenach dawali się najbardziej we znaki ludności polskiej. Ukraińcy, faworyzowani przez okupacyjne władze niemieckie, szarogęsili się na tych terenach niesamowicie (w Sanoku liczyła się tylko policja ukraińska), do Strachociny jednak zaglądali rzadko.
      Niemcy wymordowali Żydów mieszkających we wsi, rodziny Gierszyniów i Lipów (trzecia rodzina żydowska mieszkająca we wsi przed wojną, Jojkowie, zdążyła przed samą wojną wyemigrować do USA). Wiąże się z tym historia, która obrazuje dobrze skomplikowany stosunek Polaków do Żydów w czasie okupacji. Władze okupacyjne wydały zarządzenie o przesiedleniu wszystkich Żydów do getta w Bukowsku (miasteczko na południowy zachód od Sanoka). Miejscowi Żydzi nie zastosowali się do tego zarządzenia, ukrywając się u życzliwych im mieszkańców wsi. Sołtys, na polecenie władz niemieckich, zwołał zebranie na którym poinformował, że jeżeli Żydzi nie będą wydani to wieś będzie spacyfikowana. Część uczestników zebrania natychmiast się rozbiegła po wsi i wyłapała Żydów. Piotr Konda-Piotrowski odwiózł ich do Bukowska, gdzie formalnie się odmeldowali, i za łapówkę przywiózł ich ponownie do wsi. Rodzina Gierszyniów, stary Gierszyń, jego żona Hana, córka Hadaśka, synowie Ezra i Mojsze oraz dzieci, ukrywali się przez jakiś czas w lesie na "Szczodrym" i niektórych domach we wsi (m.in. Mojsze u Kucharskich). Z lasu przychodzili do wsi po żywność (m.in. do Błaszczychów-Piotrowskich). Nie trwało to długo, zadenuncjował ich zapewne jakiś mieszkaniec wsi, zabrała ich policja niemiecka, wszyscy zginęli.
      Mieszkańcy wsi brali udział w ruchu oporu, który na Podkarpaciu był powszechny i dobrze zorganizowany. Sprzyjały temu warunki naturalne, a także charakter miejscowej ludności. W Strachocinie swoje oddziały miały zarówno Armia Krajowa, jak i Bataliony Chłopskie. Oddział "Straży Chłopskiej", należący organizacyjnie do BCh, liczył prawdopodobnie 82 ludzi, komendantem był Stanisław Radwański. W samej wsi jednak do żadnej zbrojnej akcji nie doszło. Strachoczanie brali udział w akcjach zbrojnych w okolicy, m.in. w wysadzeniu pociągu pod Pisarowcami (8 km od Strachociny).
      Inną formą walki z okupantem była organizacja tajnego nauczania. Na terenie Strachociny kierował nim przedwojenny kierownik szkoły, Michał Trzciński. Zajęcia odbywały się m.in. w domach Tomasza Dąbrowskiego i Jana Kucharskiego. Ważnym wydarzeniem w życiu Strachociny w czasie okupacji była tragedia związana z prowokacją niemiecką. Prowokator z Krosna próbował założyć komórkę ruchu oporu we wsi. Mimo istnienia już tajnej organizacji AK na terenie wsi, nie udało się temu zapobiec. Kilku Strachoczan związało się z prowokatorem (m.in. Stanisław Pielech - komendant, Tadeusz Dąbrowski, Jan Kwolek, Józef Michalski, Władysław Pielech, Franciszek "Błażejowski"-Piotrowski, Stanisław Berbeć-Piotrowski, Józef Szymański, Piotr Woźniak), zostali aresztowani, nieludzko zmasakrowani, część została wywieziona do Oświęcimia, trzej (Stanisław Pielech, Tadeusz Dąbrowski i Franciszek Piotrowski) tam zginęli. Być może to zdarzenie spowodowało, że Strachoczanie nie angażowali się zbyt mocno w działalność konspiracyjną. Pod względem nasilenia tej działalności daleko było Strachocinie do sąsiednich wiosek, Bażanówki i Jaćmierza. W opracowaniu wspomnianego już A. Brygidyna "Kryptonim - SAN", szeroko omawiającym ruch oporu w powiecie sanockim, nie ma żadnych danych dotyczących Strachociny (w przeciwieństwie do sąsiedniej Bażanówki), być może wynika to z braku informacji u autora na ten temat. Strachoczanie nigdy nie mieli tendencji do autoreklamy.
      Wyzwolenie spod okupacji niemieckiej przyszło w sierpniu 1944 roku. Niemcy odeszli w kierunku zachodnim, do Bażanówki i Jaćmierza. Przez dwa dni utrzymali się jeszcze na Widaczu, nękając ogniem broni maszynowej górną część wsi. Dół wsi zajęli już Sowieci, w wymianie ognia rannych zostało kilku Strachoczan, zginęły dwie osoby. Dłuższy czas trwały walki o linię kolejową Sanok-Krosno i stację w Zarszynie (ponad sześć tygodni). Mieszkańcy Długiego i Zarszyna musieli uciekać, część z nich szukała schronienia w Strachocinie. Jeszcze długo po wojnie utrzymywane były znajomości zawarte w tych okropnych okolicznościach (dla Strachoczan to ważne wydarzenie, pierwszy na większą skalę kontakt z sąsiadami). W Strachocinie stacjonowały jednostki radzieckie, na południowym pasie wzgórz miała stanowiska artyleria, która bez przerwy ostrzeliwała Długie i Zarszyn. Niemcy odpowiadali ze stanowisk w Odrzechowej. Pociski niemieckie przelatywały często nad głowami pracujących przy żniwach co odważniejszych Strachoczan, na szczęście obywało się bez śmiertelnych ofiar. Po przełamaniu oporu niemieckiego, Sowieci poszli na zachód.
      Przejście frontu nie oznaczało końca wojny dla Strachociny. Do krwawego incydentu doszło już 4 listopada 1944r. pod kościołem, kiedy pijani żołnierze sowieccy usiłowali obrabować plebanię. Wśród interweniujących Strachoczan śmierć ponieśli Franciszek Kucharski (wnuk Katarzyny Szum-Piotrowskiej), Stanisław Rygiel i Kazimierz Wroniak, czwartego rannego, Ludwika Radwańskiego, po długim leczeniu udało się uratować. Dwu napastników zostało zabitych na miejscu, pozostali, w tym jeden ranny, uciekli. Na szczęście dla mieszkańców wsi sowiecka komisja, która zjechała w tej sprawie, uznała winę napastników. W najbliższej okolicy ciągle aktywnie działała partyzantka antykomunistyczna, oddział AK stacjonował także w Strachocinie. Strachocina była miejscem akcji słynnego Żubryda (na co dzień komendanta sanockiego UB) przeciwko sowieckim żołnierzom, którzy powracając z zachodu zatrzymali się na nocleg we wsi. Śmierć 4 żołnierzy o mało co nie zakończyła się tragicznie dla wsi, Sowieci chcieli puścić ją z dymem, na szczęście zakończyło się na groźbach.
      Strachocina przeżyła także grozę walk z oddziałami UPA (Ukraińskiej Powstańczej Armii), które walczyły o "oswobodzenie" Zakierzońskiego Kraju (tereny za linią Curzona, patrząc od strony Ukrainy). Wokół Strachociny płonęły wioski. Mężczyźni trzymali ciągłą straż, kobiety z dziećmi nocowały w polu, aby nie dać się zaskoczyć w domach (UPA-owcy podpalali domy razem ze śpiącymi mieszkańcami). Tylko dobrze zorganizowana obrona i dobre uzbrojenie, spowodowały że wieś nie padła ofiarą napaści mimo kilkakrotnych prób ze strony banderowców (tak nazywano ich potocznie od nazwiska szefa OUN - Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, Stiepana Bandery).
      Po zakończeniu wojny mieszkańcy z nową energią zabrali się do odbudowy zniszczeń. Rozparcelowano folwark, ostatnia właścicielka, Kazimiera Dydyńską, zamieszkała do śmierci (1947r.) w starym dworze, płk Jerzy Pajączkowski, jej spadkobierca przebywający w Anglii, oczywiście, nie miał szans na realizację prawa do spadku w warunkach powojennej, komunistycznej Polski. Po śmierci Dydyńskiej stary dwór i część zabudowań dworskich rozebrano. Z uzyskanego budulca (dwór był nieduży, drewniany, bardzo stary) pobudowano obok budynku Kółka Rolniczego nowy Dom Ludowy. Folwark strachocki nie był duży, nadziały ziemi niewielkie (w sumie rozparcelowano 144 ha), dostały się tylko najbiedniejszym. W dawnej oficynie dworskiej, która pozostała po rozbiórce dworu, zamieszkało kilka najbiedniejszych rodzin, które straciły majątek w czasie wojny. Dalej kontynuowano malowanie kościoła rozpoczęte jeszcze podczas wojny. Głównym artystą-malarzem był Władysław Lisowski, mieszkańcy wsi donosili jajka, które służyły jako dodatek do farb. Końcowy efekt malowania był imponujący, wszyscy byli wprost zachwyceni oglądając po raz wnętrze pierwszy po wymalowaniu. Mistrzowie stolarscy z Kostarowiec (Hydziki) wykonali piękne dębowe ławki. Na dzwonnicy powieszono na miejscu dzwonów zrabowanych przez Niemców nowy dzwon "Św. Józef", zakupiony ze składek parafian przy pomocy rodaków z Ameryki. Za następcy ks. Kazimierza Lisowicza (odszedł do parafii Dubiecko w 1948r.), ks. Józefa Drabika, pobudowano nową organistówkę i przeprowadzono generalny remont organów.
      Strachoczanie nie włączyli się do ogromnego ruchu emigracyjno-kolonizacyjnego, który ogarnął całą południowo-wschodnią Polskę - z przeludnionych wsi Małopolski ruszyła fala osadników na Ziemie Zachodnie i Północne. Mimo że gospodarstwa Strachoczan były tak małe, że nie dawały szans na dostatnie życie, nie zamierzali ich porzucać. Ze Strachociny wyjechało niewiele ludzi, kilka rodzin wyjechało w Bieszczady, do Rzepedzi, na gospodarstwa opuszczone przez Ukraińców (po latach wrócili do Strachociny), jedna rodzina na Dolny Śląsk, kilku młodych mężczyzn do Wrocławia. Dzięki temu liczba mieszkańców nie zmalała, a wręcz odwrotnie, w porównaniu z okresem sprzed wojny wzrosła, na początku lat 50-tych przekroczyła 1500 osób (ok. 300 rodzin). W okresie 1915-47 urodziło się 900 Strachoczan (tych, którzy osiągnęli pełnoletniość, dane z wspomnianej już "Księgi chrztów") tj. więcej niż w poprzednim okresie 1879-1914. Najmniej rodziło się ich w okresie I wojny światowej, średnio 9 dzieci w latach 1915-18, najmniej w 1916r. - 7 (brak mężów, którzy poszli na wojnę!), później szybko zwiększała się liczba urodzeń osiągając rekordy roczne w latach : 1934 - 43 dzieci, 1923 - 42 dzieci, 1926 - 41 dzieci. Średnia liczba urodzeń w okresie międzywojennym wyniosła 31 dzieci w ciągu roku. II wojna światowa spowodowała ograniczenie liczby urodzeń, lecz nie w tym stopniu jak I wojna. Najmniej urodziło się dzieci w 1943r. - 19, ale już w 1944r. - 32. Średnia liczba urodzeń w latach 1940-47 wyniosła 28 dzieci. Zmieniły się proporcje nowonarodzonych pomiędzy poszczególnymi "klanami" rodzin, Radwańscy byli ciągle na czele, ale urodziło się ich tylko 116, Piotrowscy, których urodziło się 62, spadli na trzecią pozycję, za Cecułów - 67 dzieci, a tuż przed Galantów - 61 dzieci. Na dalszych miejscach znaleźli się Adamiakowie - 55 dzieci, Pielechowie - 40 dzieci, Mogilani - 35 i Winniccy - 34 dzieci. Ze względu na migracje, "geografia" strachockich nazwisk zmieniała się wolniej, Radwańskich było na przełomie lat 40-tych i 50-tych 50 rodzin, Piotrowskich - 30, Galantów i Cecułów po 18, Mogilanych - 16, Adamiaków - 12, Pielechów, Dąbrowskich i Winnickich po 10, Buczków i Daszyków po 9. Przybyło we wsi trochę nowych nazwisk dzięki mieszanym małżeństwom.
      Emigracja zamorska ze Strachociny na początku lat 20-tych praktycznie zamarła (na skutek restrykcji prawnych wprowadzonych w USA), ale rozpoczęła się emigracja do sąsiednich miast. I to zarówno ludzi prostych, biednych, bez wykształcenia, którzy szukali w mieście jakiejkolwiek pracy, żeby zarobić na kawałek chleba, jak i młodzieży, która kształciła się w szkołach średnich i wyższych, i z reguły nie wracała do Strachociny. Ruch ten nasilił się w latach 40-tych, ale nie miał nic wspólnego z wielką "wędrówką ludów" jaka ogarnęła Polskę tuż po wojnie, a w której Strachoczanie udziału nie wzięli.
      Wielkimi wydarzeniami cywilizacyjnymi dla Strachociny była gazyfikacja (pod koniec lat 40-tych) i elektryfikacja wsi (na początku lat 50-tych). Związane one były ściśle z kopalnią, która stała się w latach 40-tych i 50-tych główną podporą gospodarczą wsi. Rozwój kopalni zaczął się jeszcze przed wojną, ale dopiero gdy Niemcy w czasie wojny wybudowali gazociąg do fabryki gumy w Sanoku, nastąpiło jego gwałtowne przyśpieszenie. Prowadzono intensywne wiercenia, w niektórych otworach natrafiano na ropę, ale nie były to duże ilości (duże nadzieje wiązano z otworem nr 20, ale nie spełniły się), tak że ropy nigdy nie wydobywano w Strachocinie, jedynie gaz. "Na kopalni" (tak mówiono w Strachocinie, nie "w kopalni") pracowała prawie cała wieś, bezpośrednio przy wierceniach lub eksploatacji istniejących szybów, a także w mocno rozbudowanych działach pomocniczych (kotłowni, elektrowni, kuźni, stajniach, straży przemysłowej, straży pożarnej itp.). Co roku 4 grudnia obchodzono hucznie "Barburkę", a sztandar św. Barbary, ufundowany przez kopalnię, był noszony podczas procesji w kościele. Kopalnia miała także duże znaczenie dla wsi w innym sensie. Kierownik kopalni i kierownicy poszczególnych działów stanowili elitę Strachociny. Sama kopalnia finansowała wiele przedsięwzięć kulturalnych we wsi. Przez długi czas była centrum życia wsi. Zmierzch znaczenia kopalni nastąpił w latach 60-tych. Zaniechano dalszych wierceń, zlikwidowano wszystkie działy pomocnicze, drastycznie ograniczono ilość załogi, zostawiając jedynie nieliczną obsługę eksploatacyjną. Zbiegło się to w czasie z innymi zmianami które nastąpiły w Strachocinie.
      W latach 50-tych zbudowano w czynie społecznym szosę łączącą Strachocinę z szosą Sanok-Brzozów. We wsi powstawały nowe domy, początkowo jeszcze drewniane, później murowane (pierwszym po wojnie budynkiem murowanym był dom Stanisława Berbecia-Piotrowskiego). Oczywiście, były to już jedynie domy mieszkalne, część inwentarska była budowana oddzielnie.
      Okres najgorszego komunizmu stalinowskiego przebyła Strachocina w dość dobrej kondycji. Tradycyjnie duża solidarność wiejska z jednej strony i znana u Strachoczan nieufność do wszelkich nowinek z drugiej, pozwoliły na skuteczną obronę przed kolektywizacją (Strachocina była jedyną wsią w okolicy w której nie było "kołchozu" lub PGR-u). Organizacja partyjna, mimo ogromnego nacisku, szczególnie w ramach kopalni, była rachityczna. Zapisywali się do niej ludzie raczej nie cieszący się szacunkiem we wsi. Ciągle duży autorytet miał tutaj ksiądz, chociaż po odejściu ks. Lisowicza, jego następcy w latach 50-tych i 60-tych nie byli takimi indywidualnościami jak on. Władze powiatowe w Sanoku nie darzyły sympatią "niepokornej" wsi. Przy reorganizacji administracji terenowej, Strachocinę, która od dawna należała do gminy Zarszyn, została włączona do nowoutworzonej gromady Pakoszówka. Siedzibą urzędu (Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej) została Pakoszówka, wieś dwukrotnie mniejsza od Strachociny, ale z silną komórką partyjną (oparciem miejscowej "elity" partyjnej był PGR założony na terenie przedwojennego majątku Krakowskiej Akademii Umiejętności). To był afront dla Strachoczan, poza tym ogromne utrudnienie, Strachoczanie musieli pieszo wędrować do urzędu w Pakoszówce, z górnych rejonów wsi ponad 3 km. Dopiero później, w latach 60-tych, zlikwidowano Gromadę w Pakoszówce i przeniesiono ją do Jurowiec, które leżały na trasie autobusu Strachocina-Sanok. "Obcość klasowa" Strachociny była powodem nakładania wysokich kontyngentów na mieszkańców (zwanych oficjalnie "obowiązkowymi dostawami"), a także wysokich podatków. Opornych Strachoczan szykanowano także w pracy w kopalni. "Przenoszono" ich służbowo w odległe rejony Polski, co bardzo często równało się zwolnieniu (wszyscy byli zarazem rolnikami uprawiającymi swoje gospodarstwa, część jednak wędrowała w ekipach nafciarzy z Podkarpacia, m.in. Władysław Błażejowski i Władysław Kucharski).
      W latach 60-tych sytuacja trochę się zmieniła na lepsze, chociaż Strachocina, która uchodziła za bastion "klerykalizmu" i konserwatyzmu w okolicy, zawsze w oczach władz komunistycznych była gorszą od sąsiednich wsi. Brak było Strachoczan na eksponowanych stanowiskach partyjnych i administracyjnych, zarówno w gminie jak i w powiecie. Mimo tego Strachocina rozwijała się szybko. Ciągle budowano nowe domy, we wsi założono pocztę. W 1969 roku zorganizowano uroczyste obchody 600-lecia Strachociny. Organizacją uroczystości zajęła się Straż Pożarna, na czele Komitetu Organizacyjnego stał wieloletni sołtys Strachociny, Stanisław Klimkowski. Mimo trwającej wojny komunistycznego państwa z Kościołem, uroczystość, jak przystało na Strachocinę, miała charakter także kościelny. Przed budynkiem remizy strażackiej, w środku wsi, ustawiono skromny pomnik 600-lecia.
      Z biegiem czasu coraz więcej Strachoczan podejmowało pracę w Sanoku. Po uruchomieniu komunikacji autobusowej do Sanoka (pierwsze autobusy komunikacji miejskiej, MKS, ruszyły w 1961 r.) zjawisko to przybrało masowy charakter. W latach 70-tych i 80-tych, oprócz komunikacji miejskiej, do Strachociny docierały autobusy sanockich zakładów pracy, "Autosanu" (fabryki autobusów) i "Sangumu"- "Stomilu" (fabryki wyrobów gumowych) i innych. Praktycznie cała wieś pracowała poza rolnictwem, traktując uprawę roli jako coś dodatkowego. Sytuacja taka trwała do końca XX wieku.
      Szybki rozwój wsi to także ogromne zmiany cywilizacyjne w życiu codziennym. Rewolucja w sposobie odżywiania (wzrost spożycia mięsa, warzyw, owoców), ubiorze (całkowita rewolucja w dziedzinie mody damskiej!), higienie osobistej, sposobie spędzania wolnego czasu, spowodowana była różnymi czynnikami, służyła temu szkoła, prasa, kino, sport, radio, później telewizja. Poziom miejscowej szkoły był coraz wyższy, przybywało nauczycieli-specjalistów (na przełomie lat 50-tych i 60-tych w szkole pracowało już 10 nauczycieli). Szkoła była zarazem organizatorem życia kulturalnego we wsi. Młodzież szkolna organizowała teatr amatorski (brała w nim udział także młodzież szkół średnich, ucząca się poza Strachociną). Objawiały się prawdziwe talenty aktorskie, np. Tadeusz Winnicki, syn Zofii z Wołaczów-Piotrowskich. Oczywiście, dalej istniał teatr amatorski starszego pokolenia. Gwiazdami tego teatru byli, wspomniany już, Józef Piotrowski "z Kowalówki", Józef Kocur-Radwański i Jan Janik. Wśród kobiet nie było może gwiazd, lecz wysoki, równy poziom. Wystawiano różne sztuki, od melodramatów typu "Chata za wsią" opartego na powieści Kraszewskiego, poprzez komedie typu "Gwałtu, rety co się dzieje" na poważnych sztukach kończąc (komedie, generalnie rzecz biorąc, cieszyły się większym uznaniem). Przedstawienia cieszyły się ogromnym powodzeniem. W latach 50-tych zjawił się konkurent dla teatru - kino. Najpierw objazdowe, nieregularne, dość rzadkie (filmy najczęściej radzieckie, wojenne), później kino stałe co tydzień (aparat był przywożony z Kostarowiec, tam była Spółdzielnia Produkcyjna, która obowiązkowo miała aparat projekcyjny). W programie było coraz więcej filmów włoskich, francuskich i amerykańskich.
      Od końca lat 40-tych zaczęło się rozwijać życie sportowe, najpierw piłka nożna, później siatkówka. Szczególnie siatkówka stała się modna w Strachocinie. Pod koniec lat 50-tych i na początku 60-tych siatkarze LZS (Ludowego Zespołu Sportowego) Strachocina byli potęgą w okolicy. Gwiazdą zespołu był Władysław Radwański - "Starzyński", później Józef Fryń-Piotrowski, grający także w MKS Sanok (czołowa wówczas drużyna juniorów w województwie). W siatkówkę grali rekreacyjnie także starsi mieszkańcy, niedzielne mecze siatkówki na boisku przy starej szkole (niedaleko Domu Ludowego) to była stała rozrywka, zarówno dla grających jak i oglądających (gwiazdą wśród starszych był Mieczysław Dąbrowski, kierownik kopalni). Ogromnie popularne były także szachy. Drużyna Strachociny odnosiła duże sukcesy w turniejach drużynowych w powiecie sanockim. Najlepsi szachiści to Stanisław Radwański -"Stasik", Mieczysław Dąbrowski, Kazimierz Błaszczycha-Piotrowski, oraz kierownik szkoły Jan Łukaszczuk. W latach 70-tych popularność siatkówki zmalała, z kolei szybko zaczęła się rozwijać piłka nożna. Wcześniej, w latach 50-tych, istniała już drużyna piłkarska, ale grała stosunkowo słabo, przegrywała regularnie z sąsiadami z Bażanówki, Jaćmierza i Zarszyna (mecze z Bażanówką to były prawdziwe "święte wojny"). Jedynym wybijającym się zawodnikiem był Stanisław Radwański "z młaki", doskonały zarówno w ataku jak i w obronie, a także wspaniały bramkarz. Twórcą silnej drużyny Górnika Strachocina (taką nazwę nosi drużyna od lat 70-tych) był w latach 70-tych Edward Bańkowski. W latach 80-tych strachocka drużyna nie miała sobie równych we wsiach Podkarpacia, z powodzeniem rywalizowała z drużynami "miejskimi" z Rymanowa, Brzozowa czy Leska.
      Radio w powszechnej formie (wcześniej pojedyncze odbiorniki mieli nieliczni najbogatsi mieszkańcy) zawitało do Strachociny najpierw w formie "kołchoźnika" (po wsi rozprowadzona była sieć napowietrzna na słupach sieci energetycznej, w każdym domu był głośnik), cała wieś odbierała ten sam program, najczęściej Warszawę I, czasem lokalny Koncert Życzeń z lokalnego studia w Sanoku. Z biegiem czasu zaczęło przybywać aparatów prywatnych, służyły one często do słuchania zakazanych audycji "Wolnej Europy" i "Głosu Ameryki". Telewizja zawitała do Strachociny w połowie lat 60-tych. Szybko rozpowszechniła się i, niestety, prawie całkowicie zdominowała życie kulturalne. Upadł teatr, upadło kino, pod tym względem Strachocina szybko upodobniła się do reszty Polski.
      Podstawową jednak przyczyną, która zrewolucjonizowała życie Strachociny, zmieniła ją całkowicie, był szeroki, bezpośredni, kontakt ze światem. Po wojnie młodzież strachocka ruszyła ławą do szkół ponadpodstawowych. Początkowo były to szkoły zawodowe, mechaniczna (przy Fabryce Wagonów, późniejszym "Autosanie", tzw. wagonówka) i handlowa (dla dziewcząt), z biegiem czasu Liceum Pedagogiczne i Ogólnokształcące. Do pierwszego szły przede wszystkim dziewczyny, ukończyli je m.in.: Stanisław i Elżbieta Winniccy, Anna i Barbara Błaszczychy-Piotrowskie, Zofia, Maria, Anna, Aniela i Danuta Dąbrowskie, Janina Kucharska, Zofia Klimkowska. Większość z nich kończyła później (często w systemie zaocznym) tzw. Studia Nauczycielskie, a także regularne wyższe studia pedagogiczne (m.in. Aniela Dąbrowska, Anna Piotrowska). Część z nich została rzucona tzw. nakazami pracy, tak charakterystycznymi dla tamtej epoki, do odległych zakątków Polski, przykładowo: Elżbieta Winnicka w Białostockie, Janina Kucharska w Szczecińskie, Anna Piotrowska w Opolskie, Barbara Piotrowska we Wrocławskie. Do Liceum Ogólnokształcącego szli początkowo głównie chłopcy. Ilość Strachoczan, absolwentów Liceum, rosła systematycznie z biegiem lat. W latach 50-tych i 60-tych Liceum ukończyli m.in. Tadeusz i Franciszek Dąbrowscy, Władysław Pisula, Mieczysław Galant, Stanisław, Anna i Regina Cecułowie, Stanisław Hoszowski, Józef, Alina, Krystyna i Andrzej Kucharscy, Kazimierz i Stanisław Radwańscy, Tadeusz Winnicki, Roman, Zbigniew, Józef (Błaszczycha), Kazimierz, Kazimiera, Józef (Fryń), Tadeusz (Jajaś), Władysław, Tadeusz (Błaszczycha), Marek i Alina Piotrowscy. Wielu z nich, a także inni, którzy pokończyli inne szkoły średnie, udawało się na studia. Liczba Strachoczan - absolwentów wyższych uczelni, rosła szybko w latach 60-tych i 70-tych. Część z nich kończyła studia w trybie regularnym, część kompletowała je na studiach wieczorowych lub zaocznych. Ze Strachociny po wojnie wyszło kilku księży, ks. Józef Winnicki, ks. Stanisław Adamiak, ks. Stanisław Kucharski, franciszkanin, ks. Kazimierz Piotrowski "z Kowalówki", długoletni proboszcz w Iwoniczu, wielu inżynierów (m.in. Franciszek Dąbrowski, Tadeusz Winnicki, Stanisław Hoszowski, Stanisław i Jan Radwańscy, Alina, Józef i Andrzej Kucharscy, Stanisław Woźniczyszyn, Władysław, Zbigniew, Tadeusz i Marek Błaszczychy-Piotrowscy) i specjalistów w innych dziedzinach (m.in. Tadeusz Dąbrowski i Władysław Pisula - weterynarze, Józef Błaszczycha-Piotrowski - prawnik, Władysław Błaszczycha-Piotrowski - nawigator, oficer marynarki handlowej, a także Mieczysław, Stanisław i Aniela Dąbrowscy, Tadeusz i Józef Piotrowscy, Krystyna Kucharska). Wielu z nich zrobiło udane kariery zawodowe (m.in. Józef Kucharski został dyrektorem zjednoczenia, Tadeusz Winnicki dyrektorem kopalni węgla), zdobyło stopnie naukowe (m.in. Tadeusz Błaszczycha-Piotrowski). Z biegiem czasu, w latach 70-tych i 80-tych, strachocka młodzież naukę w szkołach średnich zaczęła traktować jako coś normalnego, a także studia wyższe przestały być czymś nadzwyczajnym. Dla samej wsi taka sytuacja kryła w sobie, niestety, poważne zagrożenie. Ze wsi zaczęły odpływać kolejne fale młodzieży, trwał swoisty "drenaż mózgów". Młodzi Strachoczanie wędrowali w świat, do miast najbliższych, Sanoka, Krosna, Rzeszowa, a także do Krakowa, Warszawy i na Śląsk, a nawet do Gdańska. Szczególnie dużo wywędrowało ich na Śląsk, kolonia Strachoczan na Śląsku mogłaby utworzyć z powodzeniem dość liczną wioskę.
      Mimo tego ogromnego upływu krwi, wieś rozwijała się. "Emigranci", pełni wrażeń ze świata, zmienieni przez różne środowiska, przyjeżdżali do rodzin, do Strachociny, przekazywali swoje doświadczenia i swoją wiedzę. Także pracujący w sanockich zakładach stykali się na co dzień z ludźmi spoza wsi, przejmowali od nich język, zwyczaje, rodziły się przyjaźnie, za nimi poszły małżeństwa. Na miejsce wyjeżdżających ze wsi przychodzili nowi mieszkańcy, następowało mieszanie się rdzennych mieszkańców z przybyszami. O tych zmianach świadczą ogromne zmiany w "geografii" strachockich nazwisk. Zginęły ze wsi takie nazwiska jak: Gorlicki, Hoszowski, Kozłowski, Rogowski, Samborski, Starzyński, obecne jeszcze 50 lat temu, zmniejszyła się znacznie liczba rodzin o tak popularnych niegdyś nazwiskach jak Radwańscy, Piotrowscy, Dąbrowscy, Winniccy, Kucharscy. Na ich miejsce przybyły nowe - Kędzior, Kopij, Mastaj, Wojnarowicz, Kasiewicz, Gazdowicz, Abrahamowicz, Kotowski, Łomnicki, Rybarski, Krzywiecki, Futyma, Kurpiel, Data, Gospodarczyk, Małek, Żyłka i wiele innych.
      Te wszystkie zmiany spowodowały, że Strachocina zatraciła swoją specyfikę, "stara" Strachocina odeszła w przeszłość, "nowa" Strachocina stała się podobna do innych wsi w okolicy, jak już wspomniano, stała się typową wsią podkarpacką jakich setki na południu Małopolski. Jednak pamięć o tej "starej" Strachocinie żyje we wspomnieniach starych Strachoczan, zarówno tych mieszkających we wsi, jak i tych rozproszonych po całym świecie.

 
Do podrozdziału 'Trudne wieki XVII - XIX'
Do spisu treści
Do podrozdziału 'Zagadka Strachociny'